grunt
  • Strona główna
  • Publikacje
  • Wydarzenia
  • O nas
    • O nas
    • Zespół
    • Instytut Grunt w mediach
  • Projekty
    • Akademia Polityk Żywnościowych
    • KAMPANIA Polski talerz przyszłości
    • Jaka polityka żywnościowa dla Rzeszowa?
    • Konsumenci o bezpieczeństwie żywnościowym
    • Szkolenia i warsztaty
  • Baza wiedzy
  • Strona główna
  • Baza wiedzy
  • Czy miasta potrzebują rolników?
Powrót do bloga

Czy miasta potrzebują rolników?

2026-06-11

Według danych GUS liczba gospodarstw rolnych w Polsce w czerwcu 2023 roku wynosiła 1,23 miliona. To całkiem sporo. Rolnika i jego pracę kojarzymy głównie z sielskim obrazem wsi; a jednak pewna część gospodarstw zlokalizowana jest w administracyjnych granicach miast. I nie ma w tym nic dziwnego – miasta, rozrastając się, wchłaniają okoliczne wsie wraz z mieszkańcami, gospodarstwami i rolnictwem w każdej postaci. Uważny mieszkaniec miasta podczas spacerów lub wycieczek rowerowych na obrzeża miast zauważy zaorane pola, charakterystyczny kształt szklarni, a w niektórych przypadkach fermę kóz lub owiec. To pierwsza opcja spotkania rolnika w mieście; druga – to targ lub giełda, gdzie rolnicy prowadzą sprzedaż bezpośrednią płodów rolnych. Próbując odpowiedzieć  na pytanie, czy miasta potrzebują rolników, poprzez zmierzenie widoczności rolnika w mieście,  musielibyśmy uznać, że miasto specjalnie tego rolnika nie potrzebuje. Tylko czy nie dajemy się zwieść pozorom?

Rolnik czyli kto?

Aby rzetelnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy miasta potrzebują rolników, trzeba zacząć od definicji – kim tak naprawdę jest rolnik, a dokładniej rolnik indywidualny? Według polskiego prawa jest to osoba fizyczna, która prowadzi gospodarstwo rolne (własne lub dzierżawione) o powierzchni nie mniejszej niż 1 ha i nie większej niż 300 ha, pracując na roli i osobiście podejmując decyzje dotyczące produkcji rolnej.

Aby być rolnikiem w rozumieniu przepisów prawa, trzeba mieć również odpowiednie kwalifikacje, a te zostały precyzyjnie określone w rozporządzeniu Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi w sprawie kwalifikacji rolniczych posiadanych przez osoby wykonujące działalność rolniczą z dnia 17 stycznia 2012 roku z późniejszymi zmianami. Dokument ten jest arcyciekawą lekturą wskazującą, że pojęcie „rolnik” jest dużo szersze niż obraz mężczyzny na traktorze w upalny letni dzień; rolnikiem również może być pszczelarz, ogrodnik szkółkarz, hodowca zwierząt futerkowych, hodowca koni, rybak stawowy, jeziorowy i rzeczny, mechanik i operator maszyn rolniczych, a także cała gama zawodów weterynaryjnych. Oczywiście nie każdy z tych zawodów wiąże się bezpośrednio z wytwarzaniem żywności i dostarczaniem jej na rynek, jednak niemal każdy w pewien sposób uczestniczy w tym procesie. Co więcej, przedstawiciele wielu z tych profesji często mieszkają w mieście, które również potrzebuje ich usług i z nich korzysta.

Co rolnik dostarcza do miasta?

Większość z nas powie: owoce i warzywa. Świeże, zdrowe, takie prosto z pola. Czasem certyfikowane ekologicznie, a czasem tylko z obietnicą uprawy zdrowszej i lepszej niż produkcja stricte przemysłowa. Na pewno jednak smaczniejsze, lepiej znoszące długi czas przechowywania i o nieidealnych kształtach. Jakby to ujęła nieżyjąca już  mistrzyni satyry Maria Czubaszek – nienachalne w urodzie.

Po takie warzywa i owoce mieszkańcy miast chodzą na giełdy i targowiska; takich szukają w RWS-ach i kooperatywach spożywczych. To zakupy preferowane przez tę świadomą część społeczeństwa, która interesuje się systemem żywnościowym, jest wyczulona na dobro natury, w buncie przeciwko utartym schematom poszukuje dostępu do żywności bez chemii i nawozów sztucznych, i jest skłonna zapłacić więcej za taką ofertę.

Jednak targowiskowy kontakt z rolnikiem nie jest jedynym źródłem zaopatrzenia nawet tej świadomej części klientów. Sporą, jeśli nie większą, część relacji spożywczych realizuje się w sklepach, szczególnie sieci dyskontowych. Ten format handlu zdecydowanie wiedzie prym rozwojowy; prognozuje się nawet, że do 2030 roku osiągnie on poziom 23% wartości całego segmentu rynku związanego z handlem FMCG. „Wiadomości Handlowe” powołując się na wyniki badań agencji badawczej Listonic podały, że na początku lutego ub. roku Lidl miał 38,55% udziału w tym segmencie rynku, a Biedronka – 36,90%. Od wielu już lat te dwie konkretne sieci handlowe rywalizują ze sobą o klienta z różnym efektem: raz wygrywa Lidl, innym razem Biedronka. Można przypuszczać, że to właśnie jest przyczyną agresywnego marketingu stosowanego przez obu graczy.

Skąd pochodzi polskie

Polski klient deklaruje, że rodzime pochodzenie produktu jest dla niego istotną informacją w podejmowaniu decyzji zakupowych (przeczytaj też tekst o decyzjach zakupowych Polek i Polaków). Nic więc dziwnego, że obie sieci z zapałem informują o polskich produktach żywnościowych w swojej ofercie. Badanie wykonane w 2020 roku przez agencję badawczą ABR Sesta wykazało, że w 68% asortymentu dostępnego w kategoriach FMCG w Biedronce stanowiły produkty polskie, podczas gdy w Lidlu odsetek ten wynosił zaledwie 19%.

Istotną informacją interpretującą ten wynik jest różnica pomiędzy charakterem obu sieci: Lidl jest międzynarodowym graczem obecnym w wielu europejskich krajach, dlatego w sklepach tej sieci dostępny jest asortyment z innych rynków. Biedronka należąca do portugalskiego Geronimo Martins do niedawna była siecią obecną wyłącznie w rodzimej Portugalii i w Polsce (dopiero w 2025 roku sieć otworzyła pierwsze placówki na Słowacji) – dlatego też musi się posiłkować w przeważającej mierze produktami pochodzącymi z Polski.

Sieci dyskontowe słyną z wprowadzania na rynek marek własnych produktów spożywczych, które fizycznie wytwarzane są – w dużej mierze – przez polskie fabryki spożywcze. Kontrakt z siecią dyskontową to dla takiej fabryki bardzo pożądana relacja biznesowa – za jednym zamachem zyskuje dostęp do sprawnie działającej sieci dystrybucji i punktów zbytu. To warte jest sporych obniżek ceny.

Poprawnie oznakowany produkt będzie zawierał informację o kraju pochodzenia, a także nazwę i adres fabryki, która go wyprodukowała, ale nie będzie tam wzmianki o surowcach, które w dużej – jeśli nie przeważającej – mierze pochodzą od… rolników.  Za każdym groszkiem w puszce, twarogiem czy kiełbasą stoi rolnik, który zaorał, wysiał, pielęgnował, hodował, a w końcu zawiózł do ubojni lub do skupu. Wystarczy rozejrzeć się w sklepie, zajrzeć do lady chłodzącej, regału z przetworami czy skrzynek z owocami i warzywami, aby zobaczyć efekty pracy rolników (polskich, ale nie tylko, bo przecież mango i awokado też uprawiały czyjeś ręce). Nie ma tam ich nazwisk ani nazw gospodarstw (może z wyjątkiem ferm jajecznych), a jednak to efekt ich pracy. Większość żywności,  którą wkładamy do koszyka podczas codziennych zakupów, zaczęła swoją drogę na polu, u rolnika. Bez fanfar i głośnej reklamy. Sam fakt, że żywność jest tam, gdzie przywykliśmy jej szukać i znajdujemy ją, jest dowodem na obecność rolnika w mieście.

Czy rolnik miejski to rolnik?

Rolnik miejski to stosunkowo nowe zjawisko, związane po części z potrzebą adaptacji miast do zmian klimatu (bo przecież dlaczego nie poprzez dobór roślin jadalnych?), a po części z izolacją czasów pandemii i wojną na Ukrainie (oba zjawiska uświadomiły zależność od długich łańcuchów dostaw).

Rolnik miejski już dziś zajmuje się ogrodem przydomowym, działką lub ogrodem społecznym. Z czasem będzie miał w mieście coraz więcej możliwości: farmy miejskie i wertykalne, szklarnie i pasieki na dachach budynków, uprawy hydroponiczne. Miejska hodowla roślin jadalnych nie jest nowym pomysłem: na obrzeżach miast od zawsze działała produkcja rolna, świeżo wchłonięta przez rozrastający się ośrodek, która w miarę upływu czasu zostawała poddana urbanizacji. Pomysłem na zapewnienie najuboższym mieszkańcom miasta dostępu do tańszej, bo własnoręcznie uprawianej żywności były ogrody działkowe, tworzone w miastach od połowy XIX wieku. Nowością jest jednak uprawa w nieoczywistych miejskich lokalizacjach – na dachach, w przestrzeniach międzyblokowych, lukach w zabudowie i terenach o niskiej atrakcyjności inwestycyjnej w oczach deweloperów. Tak rodzi się zupełnie nowy fach, choć rolnik miejski nie wpisuje się w określoną prawem definicję zawodu, np. z tego powodu, że obszar jego działania jest zwykle mniejszy niż 1 ha powierzchni.

Przestrzeń informacyjna dotycząca żywności jest dziś pełna chaosu. Zapewne wynika to z faktu, że patrzymy na nią zupełnie z innej perspektywy niż jeszcze kilka lat temu. A to tyleż budzi zainteresowanie, co emocje.  Próbując zrozumieć otaczający nas świat, używamy znanych sobie pojęć do nazwania nowych zjawisk, a to czasem ujmuje opisowi precyzji. Wiele obowiązujących definicji jest też nieadekwatnych do współczesności – pochodzą często z okresu przed uwolnieniem gospodarki i zapewne wymagają redefinicji wobec zmieniającego się świata. Dla przykładu „producent żywności” to zarówno „rolnik” jak i „piekarz”, choć ich role i znaczenie w łańcuchu dostaw żywności są zupełnie różne. Podobnie „rolnik” i „rolnik miejski” nie mieszczą się w tej samej obowiązującej definicji wytwórcy żywności. Ulegając fascynacji uprawami w środku miasta, nie powinniśmy o tym zapominać. Nadmierne skupienie się na rolnictwie miejskim może doprowadzić do marginalizacji na poziomie narracji rolnictwa wiejskiego, które stanowi podstawę naszego bezpieczeństwa żywnościowego. Mając  to na względzie, wiemy już, że bezpieczeństwo i suwerenność to nie kwestia wyboru pomiędzy jednym a drugim, lecz ścisłego współdziałania różnych aktywności  związanych z produkcją żywności. Wygląda na to, że  jako mieszkańcy miast potrzebujemy zarówno rolników miejskich, jak i wiejskich – w różnych obszarach i różnych kontekstach funkcjonowania miasta.

Nie będzie suwerenności żywnościowej bez edukacji

Rolnik w Polsce wzbudza kontrowersje. Opinia publiczna zaczęła być dla niego łaskawsza, gdy w przestrzeni informacyjnej pojawiły się komentarze na temat bezpieczeństwa żywnościowego kraju, a dokładniej jego mieszkańców. W obliczu zagrożenia przerwaniem globalnych łańcuchów dostaw polski producent żywności zyskał na znaczeniu w myśl starego porzekadła, że „bliższa koszula ciału”.

Rolnika widać i słychać głównie przy okazji protestów i manifestacji, budzących skrajne emocje, często jeszcze podsycane: celowo lub bezmyślnie. W mieście jednak jego obecność nie jest taka oczywista – chyba że wie się, gdzie szukać albo na co zwrócić uwagę.

W ciągu ostatnich dwóch-trzech dekad zapomnieliśmy, skąd bierze się żywność i jak powstaje. Na sklepowych półkach nie widzimy pracy rąk rolnika czy hodowcy, a jedynie obojętny przedmiot, produkt gotowy do spożycia, którego największą wartością jest niska cena. Taką rzecz kupuje się bez emocji i bez emocji wyrzuca. I poniekąd o to chodzi w politykach dyskontów – klient nie ma się zastanawiać nad losem zwierząt na farmach przemysłowych czy ilością wykorzystanych substancji do ochrony czy konserwacji produktów; klient ma kupić więcej wszystkiego.

Współczesna świadomość konsumencka to nie tylko czytanie etykiet produktów; to czytanie ich ze zrozumieniem, wynikające z wiedzy o obrocie żywnością w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej. To świadomość konsekwencji własnych codziennych decyzji zakupowych, które przecież są poważne i mają realne oddziaływanie na wielu ludzi, w tym na rolników właśnie. Jeśli więc bierzemy aktywny udział w wojnie cenowej pomiędzy dwiema dużymi sieciami handlowymi i kupujemy żywność po cenie niższej niż koszt jej wytworzenia, to działamy na szkodę rolnika. W tym konkretnym przypadku gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta bardzo krótkoterminowo, dając zarobić obcemu pośrednikowi i niszcząc własne zaplecze bezpieczeństwa żywnościowego. Taki jest koszt naszych decyzji.

Mleko nie bierze się z kartonika, a mąka nie rośnie w szufladzie. Bez elementarnej wiedzy o powstawaniu jedzenia nie będzie możliwe nauczenie szacunku do niego. I szacunku do ludzi, od których wszystko się zaczyna. Do rolników.

Autorką tekstu jest Katarzyna Wysocka – koordynator ds. polityki żywnościowej miasta, w UM Wrocław. Z wykształcenia biotechnolożka, z zapobiegliwości – rolniczka, a z serca – edukatorka i mentorka. Zafascynowana złożonością świata,  zwolenniczka kreowania rozwiązań multidyscyplinarnych i tworzenia trwałych relacji.

Żywność, rolnictwo i my

Interesują cię: bepieczeństwo żywnościowe, lokalne polityki żywnościowe, rolnictwo, krótkie łańcuchy dostaw oraz rozwój lokalnej żywności?  Zapisz się do newslettera i bądź na bieżąco z naszymi działaniami!

Proszę czekać

Dziękujemy!

Zobacz inne artykuły

Kto zostanie na wsi? W „Diagnozie Młodzieży 2026” piszemy o młodzieży wiejskiej i przyszłości polskiego rolnictwa

2026-06-02

Kto zostanie na wsi? W „Diagnozie Młodzieży 2026” piszemy o młodzieży wiejskiej i przyszłości polskiego rolnictwa

Ukazała się „Diagnoza Młodzieży 2026. Raport i rekomendacje” - jedno z najważniejszych opracowań ostatnich lat poświęconych sytuacji młodego pokolenia w Polsce. Publikacja, przygotowana przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, ma być punktem wyjścia do prac nad Krajową Strategią Młodzieżową.

Czytaj dalej

Permakultura jako systemowy fundament bezpieczeństwa żywnościowego i regeneracji tkanki miejskiej

2026-05-09

Permakultura jako systemowy fundament bezpieczeństwa żywnościowego i regeneracji tkanki miejskiej

Współczesny obraz permakultury często cierpi na błąd uproszczenia, bywając utożsamianym wyłącznie z niszową metodą uprawy warzyw czy projektowaniem przydomowych ekogródków. Tymczasem wnikliwa analiza tego rozwiązania ukazuje je jako głęboko interdyscyplinarną metodologię projektową oraz szkołę tworzenia trwałych, samoregulujących się systemów, które przenikają każdą sferę ludzkiej aktywności. W centrum wspomnianej koncepcji nie znajdują się wyłącznie rośliny, lecz przede wszystkim ludzie, ich siedliska oraz sposoby, w jakie się organizują.

Czytaj dalej

Lokalna polityka żywnościowa – plan działania w oparciu o dane

2026-04-08

Lokalna polityka żywnościowa – plan działania w oparciu o dane

Każdy dokument strategiczny powinien powstać w oparciu o rzetelnie zebrane i przeanalizowane dane. Polityka żywnościowa również. W tym przypadku trudność polega na tym, że nie istnieją w Polsce dokumenty, które mogłyby stanowić algorytm postępowania lub przynajmniej inspirację. Dostępne są wzorce zagraniczne, właściwie z całego świata. Tu jednak stale należy mieć na uwadze przemyślaną adaptację tamtych pomysłów do tutejszych realiów.

Czytaj dalej

grunt

Instytut Strategii Żywnościowych Grunt
biuro@instytutgrunt.org
tel: +48 573 046 227


KRS 0001121339
NIP 9512602712
REGON 529387328

Copyright by Instytut Strategii Żywnościowych "Grunt" 2025. Wszelkie prawa zastrzeżone.

  • Polityka prywatności